2009-11-15

wróciwszy do pionu

Okazało się, że bliskość bliska absolutnej raczej postawiła mnie na nogi. A wieczór pełen fantastycznej muzyki i pozytywnej energii zmył jakoś tę głupiość sytuacyjną i mętlik myśli niepochlebnych o mnie samej. Odbiłam się od tego szklanego dna oka i znów stąpam pewniej po płytach chodnikowych. Bo oto, co się liczy.

Moje ostatnie muzyczne odkrycie (oczywiście dokonane nie bez pomocy) - Kx3 (więcej tu).

2009-11-07

i nic nie dzieje się w głowie mej

Znasz taki stan, kiedy niemal każde otwarcie powieki wiąże się z usilnym wstrzymywaniem łez? Kiedy całe zło tego świata kumuluje się miedzy żebrami i boli, chociaż tak naprawdę masz na nie wyjebane i obchodzi Cię tylko to, co sam czujesz. Kiedy płacz pcha się przez wszystkie komórki Twojej twarzy. I to nie mija po kwadransie, godzinie. Znasz to? Nie? No właśnie.
Mam ochotę utopić się w tej soli fizjologicznej. Albo lepiej, w formalinie. Istnieć, ale nic już nie czuć. Bo choćby nie wiem jak racjonalnie to uzasadniać, bezpośrednich przyczyn tak naprawdę nie ma. Albo jest ich tak wiele i poruszają się z taką prędkością, że sprawiają wrażenie pustki. I wtedy pojawiają się lęk za rękę z bezsilnością i znów napędzają tą całą maszynerię. Kap, kap, kap...

Ostatnio doszłam do wniosku, że jestem jedną wielką prowizorką. Wielką w sensie stopnia prowizoryczności, bynajmniej nie gabarytów. Zwykle zadowalam się gorszymi substytutami, bo nie mogę mieć tego, czego tak naprawdę chcę. Przez niesprzyjające okoliczności albo z mojej własnej winy. Bo nie umiem dążyć do celu, nie umiem niczego doprowadzić do końca zgodnie z planem. Kiedy pojawia się trudność, chowam się, uciekam. A czasem uciekam bez powodu, nawet gdy właściwie nie ma żadnych szczególnych trudności. I przywykłam do tych substytutów, do taniej tandety, do niedokończonych spraw, do słomianego zapału i do świadomości, że mogłam zrobić więcej.

Nawet nie wiem jak spuentować ten skrajnie już chyba ekshibicjonistyczny i mroczny strumień świadomości. W komentarzach możecie wrzucać kontakty do specjalistów, z którymi powinnam według Was porozmawiać. Ale jedno mogę obiecać, na pewno nigdy nie będę się ciąć czy truć prochami, bo za bardzo kocham życie. No nie, nie skończę tego wpisu takim pięknym mdłym banałem. Szczególnie, że wyrzucenie tego wszystkiego z siebie pomaga nabrać trochę dystansu i już mi lepiej. Nie dobrze, ale lepiej. Trzeźwiej, cyniczniej, zdrowiej. I stary Grabaż przypomina, że mam prawo do płaczu, wstydu i ciężkostrawnych myśli.

2009-11-03

mgła przytula się łatwo

Ostatnio świat wygląda trochę tak, jakby wciąż przecierał oczy ze zdziwienia. Bo słońce nie ma się czym okryć i świeci nagością. A po zmroku równie nagi księżyc oddycha cichym chłodem. W tym zdumieniu ziemia kręci się wolniej, a ludzie poruszają się tylko dzięki temu, że popycha ich wiatr.
Zbliża się zima. Czuję to na wysychających wierzchach moich dłoni i w klejących się oczach. Najchętniej skuliłabym się i pogrążyła w pięknym ciepłym śnie. I obudziłby mnie dopiero pisk wykluwających się pąków na drzewach. I czyjś uśmiech i słowa, że już po wszystkim. Bo nadciąga pora chłodu, ciemności i Nory Jones. Oczekiwania na Święta, odpychania myśli o sesji, gubienia rękawiczek. Wyłączania budzika po omacku i przykrego mrużenia oczu po włączeniu lampki nocnej (nocnej!) przed zwleczeniem się z łóżka. Babrania się w słono-błotnistym sorbecie, zasłaniania szalikiem każdego zakątka szyi i kulenia się jak zwierzę za wiatami przystanków. Fatalistycznie? A i owszem. Mierzi mię zima i nic na to nie poradzę. No ma swoje uroki, przyznaję. Sama się nią czasem pozachwycam. Ale jestem ciepłolubna. A do tego mała ilość światła prowokuje do smętnych przemyśleń. Których już tu nie będę przytaczać, bo piszę to po to, żeby zrzucić z siebie ciężar narzekania i zająć się wreszcie czymś konstruktywnym. Chłop polski czeka.

["Chłop polski w Europie i Ameryce" Floriana Znanieckiego - takie sprostowanie dla niezorientowanych, żeby nie było, że jednak smęcę;)]

2009-11-01

duszek zaduszek, czyli o wyższości życia nad śmiercią

Kwiaty, promienie słońca i płomyki tańczące w soczystoczerwonym szkle. Feeria barw na szarych marmurach. Jakieś jakby uśmiechy na twarzach i pragmatyczne polecenia typu 'no weź to zapal wreszcie'. Hot-dogi, wata cukrowa, baloniki z helem i obwarzanki wręczane z uśmiechem dziewczynie na wózku. Nawet korki jakieś mniejsze w tym roku. I harcerka ze zniczami jakby mniej zziębnięta. A pełen zadumy głos płynący z radia drażni nieadekwatnością. Trochę żal, że wróciłam do domu przed zmrokiem. Cmentarze muszą być dziś wieczorem przepiękne.

2009-10-31

smuteczek z chryzantemami

I chyba tylko Radiowa Piosenka o Niczym mogła skurczyć moje mięśnie w uśmiech o tej pierwszej nad ranem. I zmienić to zmętnione mrozem powietrze, które wypalało nozdrza do sucha, w piękno. Każda gładka powierzchnia matowiała, a brunatna mgła wydawała się być matem na moich otwartych szeroko oczach. Ale kryształki na zielonej jeszcze trawie kazały wierzyć, że jednak widzę ostro. To latarnie zmieniały granat nocy w sepię. Deptałam liście leżące z rezygnacją, bo odcięto je powoli, jeden po drugim, od źródła życia. I obserwowałam agonię jednego z nich. Pokryte już chyba szronem spodnie w każdym momencie mogły rozsypać się jak cieniutka warstwa hartowanego szkła, w którą uderzam kolanem. Jakaś nutka zawodu, może nawet niesmaku, snuła mi się z tyłu głowy. A może to była perspektywa weekendu przepełnionego tym neurotyzmem, przed którym codziennie uciekam. W każdym razie, wstałam dziś za późno. Wszechobecne słońce, zamiast cieszyć, razi mnie w oczy. Kawa tylko smakuje, nie ściąga opuchlizny z powiek. Wokół mnie nieogarnialny chaosik, który będzie się rozrastał. Nie mój, ale dla mnie najbardziej uciążliwy. Chyba muszę pomęczyć trochę swoje oczy i zafundować sobie profilaktyczną fototerapię. Dobrze, że zostaje mi jeszcze muzyka.

Ps. Po przesłuchaniu całej płyty wiem już, że nie tylko Radiowa Piosenka o Niczym (ach! cóż za klip!) (ten z linka na początku).

2009-10-25

dream a little dream

Co noc, gdy światło już gaśnie, zwinięta w kłębuszek zagłębiam się w swoje zamyślenia. Unoszę się ponad racjonalizmy, snuję obłoki tak lekkie i przyjemne, że nie mogłyby istnieć w rzeczywistości. Snuję je bez pośpiechu, a kiedy resztki świadomości powoli odpływają, opowieść zaczyna się pisać sama. Zahacza o najdziwniejsze zakamarki moich zwojów. A nad ranem zwykle rozpuszcza się w chłodnym powietrzu, jak miód w herbacie, i po chwili zostają tylko delikatne żyłki na łyżeczce. Wtedy zostaje parę minut, żeby chowając zziębnięte uszy pod kołdrę powygładzać jeszcze troszkę te wyobrażenia zanim budzik ponownie zapieje, a powieki będą musiały znów udźwignąć cały świat...

2009-10-24

podtrzymanie mięśni policzków

A chciałam coś napisać, tak pozytywnie. Bo było błogo. Byłam z ludźmi, którzy słuchają, uśmiechają się i śpiewają (nie koniecznie jednocześnie). Ale dziś siedzi we mnie część tej wczorajszej szarej mgły. Znów mam poczucie niedokończonej rozmowy (chyba ten stan staje się chroniczny). I utwierdziłam się w poczuciu innej niekompletności, której trochę żal. Choć tak naprawdę obecna moja słabość opiera się przede wszystkim na stanie organizmu, nie psychiki.
Każdą taką niedokończoność można skomentować tylko uniwersalnym 'no trudno', zdefiniowanym jako 'trochę żałuję, ale przeżyję'. Bo nie potrafię mieć pretensji i chyba za dużo rozumiem, żeby potrafić. A poza tym, no przecież jak bym mogła. Bo o co i w ogóle jak można by było nie uwzględnić całego kontekstu (pozytywnego i negatywnego).
A ludzie są niesamowici. Każdy z osobna, z kim miałam okazję w ciągu ostatnich kilkunastu dni się napić. A wśród nich kilkoro najniesamowitszych. Gdy nie ma szans na złoto, doskonałą nagrodą pocieszenia jest przyjaźń. A raczej zestaw paru przyjaźni i wielu cennych znajomości. Nie powinnam tego wszystkiego wrzucać do jednego worka i uogólnać, ale też nie chcę każdego opisywać personalnie. Wiem jedno. Nigdy nie jest idealnie, zawsze chciałoby się mieć coś więcej. Ale i tak mam coś bezcennego. Parę zachwycających zawartości głów. Można by jeszcze dodać do tego zawartości serc, ale metaforka staje się wtedy trochę przesłodzona, więc ograniczmy się do mózgów. W końcu to w czaszce tak naprawdę kłębi się to wszystko.

Stopka muzyczna: ostatnio mocna faza na Florence And The Machine. I siłą rzeczy wciąż sporo chóralistyki, bo mój chór jest zajebisty:D Próbki? To my, a to nie my, ale kluczowy utwór ostatnich tygodni (polecam pominąć pierwszą minutę nagrania).
Ach no i oczywiście zapraszam na Łódzką Jesień Chóralną, 25 X (to już jutro) godz. 16.00, Sosnowa 9.