Żyję tu trochę jakby na innym poziomie rzeczywistości. Czas mija jakoś szybko, mimo usilnego ciążenia do przodu. Z okna widzę korony sosen na tle błękitnego nieba. W ogóle nie używam empetrójki. Rano wypijam herbatę, a potem kawę. Potem spieszymy się na trolejbus i od niedawna już całkiem punktualnie docieramy w odpowiednie miejsce. Pogoda jest kapryśna, ale odkąd zaczęłam częściej zamykać okno w pokoju, jest jakby cieplej. Z dnia na dzień udoskonalamy nasze kulinarne dzieła godne studenckiej kieszeni. Chyba udało nam się osiągnąć rodzaj harmonii, choć tego rodzaju współżycie wymaga pracy. Bywa cudownie. Póki co troje do zakochania się - roztrzepana urocza Ruta, swoiście estońsko towarzyska Krystyna i rozbrajający rosyjski szpieg z Niemiec Nikita. Polskie cielątka w większości odpychają. Ciągle intryguje mnie litewskość. Póki co jestem nią zauroczona i zastanawiam się, kiedy wreszcie dostrzegę jakieś jej wady. Poza jedną zasadniczą - pokaźną odległością od pewnego mieszkania na Próchnika.
Chyba wrócę do tradycji stopki muzycznej. Mam trochę litewskich przysmaków w zanadrzu, ale dziś odkryłam coś naprawdę niezwykłego. Nadal nie mogę uwierzyć, że nie trafiłam na to wcześniej, bo rzecz jest rodzima i z zeszłego roku. Jeszcze nie dosłuchałam płyty do końca, ale już kocham miłością ogromną. Próbka będzie więc trochę przypadkowa. Ale mam wrażenie, że zanim wybiorę najlepszy kawałek będę musiała spędzić z tym albumem tygodnie, jeśli nie miesiące. Opis możecie sobie wyguglać, więc daję tylko linkę: incarNations.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz